W akompaniamencie burzy
W mgliste lustra odbicia
Staję ogromny, za duży
Patrzę na ślady walki i wycia
I zamęt na czuprynie
Węglowej historii ojca
Który też przeminie
Tam gdzie Bóg strąca
Zwierciadło duszy blednie
Niknie wzrok powiekami skryty
Niejasny jak przepowiednie
Spogląda na nieistniejące byty
I oddycha ciężko, i mówi, i krzyczy
Ustami zmęczonymi gehenną
Na spokojnie leżących na pryczy
Na słów potok i hołotę niewierną
Utrzymanie na głowie ma szyja
Obmarzła dawno od sznura
To na niej ciężar przemija
I na niej ta myśl ponura
Na barkach dźwigam los życia
I krzyż i męki własnego świata
Na długach bez pokrycia
W Fortuny ognisku zażalenie lata
Ramiona pracą niezhańbione
Trzymają co trzymać należy
Nici losu mogłyby unieść i tonę
Choć jedno drugiemu nie wierzy
Zamknięte trzymają serce w garści
Które twardo stąpa po cienkim lodzie
Rozbite przez tych którzy niewarci
Jednej łzy w swym korowodzie
Potężna tusza małego człowieka
Obłym kształtem w oczy kole
Nie wiedząc co ją czeka
Oparta na równie potężnym cokole
Nad fundamenty jeszcze się dłonie wzniosą
Które ludzką nad zwierzem mocą
Uchwycą, zmiażdżą, połamią skórę bosą
I ludzką rosą obficie się spocą
Tak stanąłem na nogach choć byłem upadły
Napięty na tej niezłomnej podporze
Mimo przeszkód co mi się w życie przekradły
Niezłomnie życie na nowo me tworzę