Wiersze po prostu

Znajdź coś dla siebie

Ja nie wiem

To nie tak że boli niewiedza
Ani że ranią pytania
Czy kto kogo odwiedza
Od dziejów zarania

To nie tak z tym wszystkim
Co ja pojąć mogę
Gdy losu kolej czyni czystki
Na życia trwogę

Na cóż starania i trudy
W odmętach wiecznego chaosu
Nieistniejące cudy
Rechoczą z poziomu kosmosu

Na łąki puszyste i wianki popielate
Które zawitał świt ponury
Krew przelana brata za bratem
Z najgłębszej duszy dziury

Tak świat stworzony co zawinił
Co lud głupi a co ten mędrszy
Stąpając po żywota cienkiej linii
Zawisł aż widok mu się spiętrzył

Ten którego chowają milknie
Nie opowiedziawszy prawdy innym
Co warte uwagi ucichnie
W istnienia kotle tak dziwnym

Tego zbratania którego zabrania
Nawet dusza do ciała łańcuchem spięta
Nie dojdzie do tego spotkania
Póki jeszcze ma otwarte oczęta

Nie spoglądaj na litość
Umartwiaj udręki
Popadaj tak w nicość
I szepcz krótkie podzięki

Ocena pustelnika

Sam naprzeciw siebie
Jak w lustrze odbity
Po mrocznym błądzi niebie
Które ziszcza czary i mity

I w puszczy gęstym gąszczu jak włókno
Ten pustelnik walczący o życie
Któremu już nawet marzenia cuchną
Choć wciąż myśli o nich skrycie

I rozpatruje wszelkie horyzonty
Ukryte za drzew koroną
Mimo jej szuka raz pięćdziesiąty
Aż nadzieją mu ślepia zapłoną

Tam statek płynie po morskiej krainie
Tak zgiętej wody ciężarem
Zbyt mały na naczynie z którego słynie
Tak przytłoczony towarem

Tam równiny spowite tłokiem wieści
Ten ruch któremu nie sprosta
Szybkością której nie pomieści
Drążąca umysł myśli chłosta

Tam dzieje narodów na nieboskłonie
Jak film świecą migotliwie
Światła w których spojrzenie tonie
Niepotrzebnie tak właściwie

Utkwiony w myśli prądach
Człowiek patrzący jeno mgliście
Choć tak nie wygląda
Smutny taki żywot rzeczywiście

Dzień ponury

Co to by było za powitanie
Gdyby na marne śniadanie
Odrzekł skrycie dzień ponury
Bo za oknem ciemne chmury

Niełaskawe niebios sklepienie
Kiedy w dzień patrzę na siebie
Skąpany mrokiem wzrok i włosy
W ten poranek duszą całkiem bosy

Na żart losu i upadek wielki
Na trwogę i za krótkie szelki
Patrzę ciemno błaho zimno
Zanim na niebie zrobi się widno

Żywy trup wychodzi z lustra
A nadzieja jego pusta
Dręczy myśli i spokój głowie
Gdy w umyśle rumor czyli pustosłowie

Na nic wielki duch potężny
Gdy cierpienia mechanizm prężny
Wije się przekłada rozbija
Jak widmowa groźna żmija

Na co komu było wszystko
By za nos dawać się wodzić chłystkom
Co sumienie grozi sprawiedliwością
Gdy głucho opowiada siła z wyższością

Błysk nowego świtu mądrości nadziei
Który się tak ledwie do serca dokleił
Tak jak był tak go ubyło
Tak jakby to nic nie znaczyło

Bolączki codzienne znoje trudy
Wszystko dla miraży ułudy
Że dobro nad złem zwycięża
Nie bojąc się żadnego oręża

Wielka to bitwa myśli uczuć marzeń
Prowadząca do przewidywalnych wydarzeń
Które to niebo światu dawno obwieściło
A tak naprawdę nic się nie zdarzyło

Strudzony przebity zgładzony umarły
Tak skończyłem gdy mnie nici losu tarły
I taki zostaję na rozwidleniu na dwoje
Zła i dobra których się boję

Nic nie upraszcza to co rozdziela
Ni morze niespokojne ni wzrok przyjaciela
Ni ważkie tematy po umyśle broczące
Ni objęcia na moment kojące

Nic to nic po wszystkim i nic niczyje
Gdy po dniu ponurym nie wiem czy żyję
Na co komu marnej egzystencji dzieje
I smutek nad tym który marnieje

Nie dziw się odbiorco twórcy po zmroku
Że czeka już boskiego wyroku
Pożarty zmielony i wypluty podle
Na zrywnym żywota miotany siodle

Niech się dzieją rzeczy niestworzone

Niech się dzieją rzeczy niestworzone
Nie na zawiść ale trwogę
Na szali Temidy z pietyzmem zważone
Wyroki których wymierzyć nie mogę

Niech mrok spowija świat upiorną grzywą
Ukażą się ciemności dziwy
A księżyc przygląda się krzywo
Kto dla kogo jest prawdziwy

Niech rozdają ludziom tomy
W których prawdę napisano
A posępne zdobią promy
Gawiedzią skrzętnie tu zebraną

Niech się spełnią niebios troski
Spadną błyski świecą gromy
Świat ujrzy wyrok boski
Płoną zgorszenia domy

Niech sprawiedliwość zagości
Na ziemi pełnej mroku
Nadejdzie kres niegodziwości
Zemsta słodka w każdym kroku

Niech karma dalej nie zwleka
By dopaść winnych mordów
Piekło też jest dla człowieka
Na brzdęk młotka akordów

Niech się ciemne wije sukno
Powagi urzędu tajemnica
I będzie wszystkim smutno
Dla uczynku żadna to różnica

Niech ślepota duszy piszczy
Gdy ją łamie prawo życia
Nie podnosi się ze zgliszczy
Które ma do ukrycia

Niech kara będzie surowa
Tym którzy krzywdy czynią
Tam gdzie niemożliwa odbudowa
Oddzieli zło od dobra grubą linią

Niech cierpią po wieki niegodziwcy
Najgorsze rodu ludzkiego pędy
Giną w odmętach pamięci parszywcy
Ci których serca dawno zwiędły

Iskierka nadziei

Iskierka nadziei tli się w umyśle
Wciąż w mroku skąpanym przeszłością
Gdzie uczuć i pragnień tyczy się ściśle
Nie zdaje się dążyć za mądrością

Tam otchłań rozpaczy
Tam bólu zwątpienie
Czy dostrzeże zobaczy
Lęk przed zranieniem

Myśl jedna jednak już tu się mota
To w jedną to w drugą stronę
Jest tak wyraźna że nawet idiota
By jej włożył na głowę koronę

Już nie kuleje już chodzi żwawo
W pogoń rusza ku górze
By stoczyć tam walkę krwawą
A ja zwycięstwo jej wróżę

Jak dzieci w szkole wątpliwości milkną
Gdy zaś wchodzi dyrektor i huczy
Że malizną byli i będą
I że życie najlepiej nauczy

Tedy już zza okna zerka rozterka
Twardym wzrokiem mierzy i dzieli
A na stole posępna salaterka
Z mym sercem skąpanym w kleju bieli

Cóż począć gdy serce nie sługa
Tam leży gdzie chce nie gdzie kazano
I sobie tylko znany żywot mi struga
Co rusz strzelając w kolano

Lecz jest iskierka której nie sposób
Zostawić samej sobie na lodzie
I ile bym miał nie wyrwać włosów
Stawiam krok ku nowej przygodzie

Pełen obaw i lęków pełen straconej nadziei
Dziś tylko kaleką ręką gładzę lico
Co w księżyca blasku tak uroczo się mieni
I wrażeń spragnione jest miłą różnicą

Czy los czy Bóg woła z wyciągniętą dłonią
Jakbym to widział jak żywa
Jak odgarnia włosy nad mą skronią
Jak mnie nieśmiało podrywa

Czy spotkałem anioła czy cierpiał będę
Tego nie dane mi wiedzieć
Czy to losu koleje zesłały przybłędę
By znów bezczynnie posiedzieć

Jedno wiem jednak nie będzie łatwo
Czekają trudy smutki i znoje
A iskierka ma przez sztorm płynie tratwą
I już się niczego nie boję

Trucizna

Drąży tunele w mym umyśle
Trucizna tak silna że niszczy
Spokój mój ducha ściślej
Dumna z tych zgliszczy

Dlaczego spotkała mnie kara
Za lata ułudy i uczuć tony
Czy to stuletnia więzienia mara
Wyrok boski nieunikniony

Wije się i truje porządek wszelaki
Żeby me myśli na proste nie wyszły
Bo to jest ktoś nikt bylejaki
Pogromca snów gdy marzenia prysły

Nie ma ucieczki nie ma pomocy
Gdy wołam krzyczę w środku
Głowy otulonej w stokroć kocy
A trucizna fedruje na przodku

I żal mi pieniędzy tych kroci
I przyszłości snów co oddaliły się szybko
Których mi nikt już nie zwróci
Choćbym się związał ze złotą rybką

Baluje spustoszenie trawione trutką
W nieustannej gonitwie i bitwie
Gdzie wspomnienia zwykłą prostytutką
Którą chędożyć łatwo a nikt jej nie wytnie

Bo po co męki przerwać konającemu
Człowiekowi opartemu na zmysłach
Dziś już nikt nie zapyta czemu
Studnia mądrości nagle wyschła

Jest to cierpienie któremu poeta
Nie sprosta ni słowniki języków
Czy to mężczyzna czy to kobieta
Że ludzie zło mają w nawyku

Umysł tonie myślami objęty
Niszczącym wspomnieniem byłego żywota
Choćby chciał być nieugięty
Wciąż tylko przeszłość na boki nim miota

I szuka rozwiązań co od pokoleń
Ratują głowę przed zdziczeniem
Ten jeden co powie ja cię wyzwolę
Przed serca powolnym marnieniem

Nie ma nadziei nie ma miłości
Na co komu od stresów zbawienie
Gdy majaczy grzechot kości
I starych porządków obalenie

Nic nie ma sensu w walce nieustannej
Gdy trują znaki dnia codziennego
Co myśli niszczą spokój porannej
A ja wciąż nie wiem dlaczego

Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka
Tak że już nic go nie czeka
Ściągnąłeś chmury czarnej burzy
Która tylko ciemność jemu wróży

Czy działałeś sam czy my sami
Tak tylko aby proste serce omamić
Zniszczenie zasiać gdy byli mali
Tak by złudzenie jednym słowem obalić

Po co to wszystko po uśmiech barowy
Czemu spokojnego spaliłeś snu okowy
I dlaczego to właśnie w bezdusznej pysze
Z jakiego powodu ktoś komuś uczucia kołysze

Zrozumieć nie umiem i pojąć nie mogę
Jak można tak człowiekowi stworzyć trwogę
Na nic uczciwość czy wierność tak otwarcie
Gdy szeptem duszy wołam potem ty czarcie

Terapia

Bo widzi pani, to jest problem taki
Można powiedzieć różnoraki
Że w życiu kieruję się uczuciami
Błądząc w głowie za marzeniami

A jednak stąpam twardo po ziemi
Na ulicy mijają mnie ludzie niemi
W umyśle podążam za logiką
I nie poddam się tanim magikom

Nie dorastają mi ludzie do pięt
Na niektórych mógłby paść pręt
A inni trzymają mnie nisko
Na glebie, z pokorą, to wszystko

Nie mieści mi się w głowie sens istnienia
Nieustannie rządzą mną złudzenia
O krainie mlekiem i miodem skąpanej
I cieniu postaci tak uwielbianej

Sam nie wiem, czy to sny czy koszmary
Czy jakiś śmieć zaklął mnie w złe czary
Czy kiedyś trafię w spokoju okowy
I kiedy nadejdzie kres tej rozmowy

I znów wyjdę, pójdę, przeminę
A wspomnienia wylecą kominem
Czy mam na popiół spalić życie doczesne
Czy to wszystko musi być tak bolesne

Gdy jest słowo pisane a mi rymu brak
Czy to z lenistwa robię wszystko wspak
I po co pytam skoro świat milczy
I mroczny słyszę tylko skowyt wilczy

Idą już po mnie cienie przeszłości
Spragnione mojego szczęścia i radości
Pożrą, zrabują, zniszczą, podpalą
Aż nadziei ostatniej pryśnie balon

I znów się zanurzę, utonę w minionym
Losie mym parszywym i nieuniknionym
Stracę ułudę, tę siłę teraźniejszości
I wrócę do mej naiwnej maleńkości

Tak rozbity i pochłonięty tym czego nie ma
Chciałbym być przykryty gdy się nie przelewa
Tak rozsiany bylejakością codziennej troski
Siedzieć i czekać na smutny wyrok boski

I po co ta złość, po co rozczarowanie
Wieczne myśli i uczuć w sobie gotowanie
Drzwi raz otworzę, pan wejdzie zobaczy
Tą chwilą intrygującą na moment uraczy

I zerwie zasłony, wystawi rachunki
Podepcze, przewróci bytu warunki
Rozochoce spojrzenie, pokona tą zdradą
I co mi zrabował rozda sąsiadom

Stanę nad przepaścią, wszego rozpadliną
Tą która istnienie dzieli rodziny i łączy je liną
Będąc nad początkiem i będąc nad kresem
Stanę tam i zrzucę nań najcięższą kiesę

Sam niewiele mam, ale wszystko dam
Jeszcze się trzymam, chociaż już nie ram
Jeszcze nie umieram, bo nie zostałem sam
Odwdzięczę się wam, gdy już będę tam

Nie jest przecież tak źle

Nie jest przecież tak źle
Jak mogło by być
Nie myślę fuj, o ble
Tak przyszło mi żyć

Mogło też gorzej być
Mogło skończyć wszystko się
Mógł księżyc długo wyć
Mogło nie być mnie

Sen w koszmar zmienić się
Mara w jawie tkwić
Mogło też nie być Cię
Po co wtedy żyć

Jak deszcz co wysechł już
Ja w ogniu dział po pas
Bez tych letnich burz co rusz
Nie widzę wciąż Was

Jak tylko minie ten czas
Jak tylko spojrzę za próg
Tam nie będzie nadal nas
Tam ja swój ty wróg

Nie jest przecież aż tak źle
Nie ma zła w zarodku
Już nie będę w twoim tle
A ty gdzie kotku

Położę znowu się na boczku
Ułoży to wszystko jakoś się
Pójdę pić po zmroczku
I tyle będzie mnie

Skończą się smutki złe
Skończy szemranie też
Skończy się to co mdłe
A ty sobie leż

Wszystko będzie dobrze
Kurtyzany będą brawo bić
Ukręcimy łeb kobrze
I będziemy pić

Zanurzamy usta swe
W melodii tak prostej
Odeszło już to co złe
Bracie ty polej

Ignorancja

O ignorancjo, spokoju ducha nosicielko
Dobra duszo zsyłająca ciszę
Moja najsłodsza dobrodziejko
O której w niepokoju piszę

Ignorancjo płaskiej tafli jeziora
Łagodząca wzburzone fale
Co gładzisz we mnie potwora
Choć robisz to ospale

Siło bez siły, potężna a słaba
Ty co walczysz z zemsty pokusą
Niedościgniona jest twa sława
W pokonaniu tych którzy nie wrócą

Ignorancjo w całej swej władzy
Jak ser szwajcarski dziurawa
Potknęłaś się niezliczone razy
A lud głupi bił brawa

Ty co umysł mój napełniasz z umiarem
Próbując wylać wszelkie zakusy
Na wbicie szpilki trucizny wywarem
I ogromnie liczne inne pokusy

Pozwól mi pani najspokojniejsza
Sycić się każdym drobnym zwycięstwem
W tej walce jesteś nietutejsza
Bo nic nie ma wspólnego z męstwem

O słodka pani niecnych obyczajów
Siostro ignorancji z innej matki
Prowadź me serce w raj ów
Gdzie nawarzonym piwem spływają kwiatki

Pokaż mi miejsce gdzie gorycz cukrzeje
Niech świecą ostępy ciemności
Niech kto zasłużył straci nadzieję
I doświadczy odwrotnej twej miłości

Nadzieja

Nadziejo, matko głupców
Jak o Tobie powiadają
Matko wszelkich twórców
I tych co Cię zjadają

Nadziejo która karmisz swój ludek
Tych którzy Ci ufają nad wyraz
Ty co ze sobie tylko znanych pobudek
Przemijasz w umysłach nie raz

Nadziejo ukryta, nadziejo schowana
Której posiąść na własność nie sposób
Nadziejo tak strasznie wyrachowana
Że puszczasz nas w odmęt chaosu

Nadziejo najsłodsza, nadziejo najmilsza
Ty która do snu nas kołyszesz
A w momencie próby jesteś najcichsza
I nawet tej myśli nie napiszesz

Nadziejo głucha, nadziejo nie moja
Gdzie zniknęłaś gdy Ciebie szukałem
Czemu wyparowała moja ostoja
Gdy tak bardzo Cię potrzebowałem

Nadziejo ślepa, nadziejo zdradliwa
Która wodziłaś mnie do stracenia
Gdzie dziegciu czarę skropiła oliwa
Przelewając gorycz zniszczenia

Nadziejo okropna, nadziejo parszywa
Ułudy projektująca i nieprawdę
Do dziś sobie włosy z głowy wyrywam
Że broniłem Ciebie aż tak zajadle

Kaganiec pamięci

Dałeś mi Panie pamięć odległą
Co wrota żywota kołysze
Pamięć tak ciężką i przebiegłą
Kiedy wołam w końcu o ciszę

Dostałem pamięć o życiu
Którego już nie ma i nie będzie
I myśli o bólu i wyciu
Gdzie nie ucieknę, są wszędzie

Mam pamięć o uczuciu
Które buduje i niszczy
O marzeń wspólnym kuciu
A dziś dusza piszczy

Ta pamięć która jest i wraca
O żalach codzienności
Która myśli me wciąż zatraca
I przyprawia o mdłości

Nieskrywana pamięć śmierci
Pragnień, marzeń, nadziei
Wciąż wije się, rzęzi i wierci
W umyśle nieskończonej zawieji

To pamięć której nie mając
Rozum można ocalić
To pamięć przy której trwając
Wszystko można rozwalić

Pamięć rozbiegana na 4 strony
Świata który nie cierpi, nie znosi
Mej ludzkiej pokory i wrony
Nasyła szarpiące me kości

Pamięć jak ciężar krzyża całego życia
O pożarze w sercu i smutku
Pamięć o trudach zwykłego bycia
Któremu tak trudno prosić, ratunku

Oczy czarne

Oczy czarne, łzy skroplone
Nie ma czasu na przykrości
Smutek mocny, myśli obalone
Pogrążają się w nicości

Nikt nie płacze, choć szloch słyszy
Ten kto ucha nadwyręży
Jeno nie wie, czy to myszy
Czy to umysł gdzieś coś mitręży

Wieki całe tych rozpaczy
Nie znalazł nikt sposobu
Czas być może im wybaczy
Gdy położą mnie do grobu

Gdy nastroje wciąż ponure

Gdy nastroje wciąż ponure
I ustawiasz się pod murek
Kłębią się chmury bure
A w głowie pełno bzdurek

Ciągle myśli o nadziei
Poszukujesz nawet w leśnej kniei
Gdy wszech myśl dobrą już ucięli
Czekasz od niedzieli do niedzieli

Dłoń zamknięta, a krew czarna
Przejechana leży sarna
Nie za zemstę a pokutę
Dłoń związana drutem

Walić szkoły i kościoły
Porządek gospodarstwa i stodoły
Kochać, kłamać jedno serce
Rozbije się w podzięce

I choć wołałbyś ratunku
Umoczone usta w trunku
Zbrodnia jaka to czy kara
Pokonali już Cezara

Upadł Rzym, upadły ludy
Pan do domu, a pies do budy
Powalone hasła w liter księdze
A ja z czasem tylko pędzę

Nie ma puenty, nie ma łez
Tak jak usechł czarny bez
Nie ma jutra, nie ma przyszłości
I nie będzie już radości

Myśli czarne

Myśli czarne, niespokojne
Bałagan w głowie buczy
Brudne to jak widły gnojne
Natłok złego ciągle huczy

Trudno pisać, myśleć ciężko strasznie
Czemu los ten mi się przyśnił
Choćbym chciał śmiać się rubasznie
A nie umysł wrażki czyścił

Ten kto pyta nie zwykł błądzić
Lecz o odpowiadającym nikt nie wspomni
Kim ja jestem by ich sądzić
I o nim nikt nie trąbi

Gdy upadek jest na szczycie
Nic już nie zostanie na dnie
Ciche jeno słychać wycie
Zanim się człowiek całkiem rozpadnie

O rozpaczy słodkie łzy płaczliwe
Wy co ciekną czasu biegiem
O jakie wy jesteście szczęśliwe
Że nikt o was nie wie

Co istnienie nam czy piekło
Towarzyszki dnia następnego
Byle wybawienie nie uciekło
Od tego wszystkiego niepotrzebnego

Liczę morza, liczę kraje
Czy uciekać, czy oddać w niewolę
Wciąż ma rozpacz nie ustaje
Ja to wszystko zaś pierdolę

Samotny tłum

Na przystanku w ciemnicy nieba
Czekam sam na odludnym pustkowiu
Pytam siebie czy tu kogo potrzeba
Poszukując autobusu w nowiu

Niby sam a zajeżdża wybawiciel mroku
Oślepia mnie swą obecnością
Pcha mnie tym w objęcia tłoku
W pustym pojeździe martwię się maleńkością

Podróż mi mija w chłodzie i smutku
Gdy wpadamy na przystanek nowy
On wchodzi ten jeden z mego gatunku
Kroczy w mą stronę pewny i gotowy

Milczy ale ja milczenie lubię
Na ten czas mi wszystko jedno
Lecz nie wytrzymuję i mówię
Że trafił tym w samo sedno

Towarzysz podróży ten sam jak nas dwóch
Z nim przekraczam kamień milowy
Nim się spostrzegłem wykonaliśmy ruch
Wpadłem w jego czaru okowy

Czas nieubłagany władca losu i wieczności
Ukazał mi skazy i rysy i uszczerbki
Obnażył diament nieoszlifowany do nagości
Najsłodszy mój tort mogący być cierpki

W gąszczu myśli

W nieskończonym gąszczu myśli
Kurz którego nikt nie czyści
Tabuny od wściekłości spienionych fal
I ponure scenariusze rozpoczynają bal

Tańce i hulanki posępnych widm przeszłości
Rozszalałe wspomnienia zabraniające radości
Nieprzeliczone rany i blizny czasu
Promieniejące w rozpaczy basu

Orkiestra ciemności dudni słowami
Melodię do reszty zalaną łzami
Tragiczne losy młodej pary nadziei i miłości
Przepraszające spojrzenia spokoju wobec gości

Płynące pod sufit balony tego co dobre
Ulotne jak wszystko co piękne i mądre
I Ty w centrum kryształowej sali
Jedyny wierzący że goście pozostali

Budzisz się ze snu zimowego wzburzenia
Wpatrzony w kroczące na wieczność marzenia
Zbolały zgorzkniały i cierpki
Wciąż koszmaru cierpiący udręki

Zniszczone życie

To jest historia pewnej wiedźmy i maga
Człowieka któremu nic nie pomaga
Smutny początek przygody w życie
Tragiczny koniec trzymany w głowie skrycie

Chaos i zamęt – zwiastun nowego
W tym przypadku cierpienia strasznego
Niewyobrażalna pustka rozpaczy w umyśle
Nieuzasadniona nienawiść od świata ściśle

Był to bohater twórczy niebanalny
Choć zawsze chciał być tylko zwyczajny
Mimo wielkich planów marzeń i nadziei
Skończył marnie i do łózka dziś się klei

Niemy krzyk w chorego głowie
Wciąż ugina myśli w cudzysłowie
Parsknie mordą spojrzą krzywo
Na tę mordę w błędzie już nieżywą

Nieutkany to wciąż do dorosłości
Postępuje chciałby jak najprościej
Mimo swojego zdziecinnienia
Sam utrudnia swe dążenia

Nie wie nikt co nim kieruje
Nie chce wiedzieć nikt co czuje
Każdy taki szybki do namysłu
Żaden brak gdyby prysnął

Muzyka dnia ostatecznego

Kiedy nadchodzi wszego kres triumfalny
W rytm drgań potężne niebios trąby
Grają doniośle a śpiew aniołów chóralny
Zwiastuje uroczyste rozpoczęcie hekatomby

Wchodzą młode pary na salę świata
Krok na trzy niech taniec końca zgoi blizny
Już nam wszem orkiestra wykłada
A my tańczymy Pożegnanie Ojczyzny

Gdzie na myśl wzniosłe ideały przychodzą
I tamto spojrzenie com ujrzał z ostatka
Wspomnień i ludzi zastępy w amoku brodzą
Łączy zrozpaczonych ocaleńców boska swatka

Krok miarowy na scenę wkracza w chwale
Wojsk i armat ciagną się szeregi
Idziemy za nimi nie troszcząc się wcale
Ni o nas ni los miłości czy kolegi

Przygrywa nam do tańca największa kapela
Zespół wielkich świata słusznie minionego
W naszych uszach posępna Ostatnia Niedziela
I nikogo nie zastanawia co w tym smutnego

Nastał czas sądzić niegodziwości ludzkości
Pognębić złoczyńców odsiać ziarna od plew
Kres dla występków i podłości
Nastał Dzień a w nim Jego Gniew

Miało się wszystko skończyć a tak długo trwa
Rozpacz nad westchnieniem któremu poświęciłem życie
Niech już opadnie kurtyna skończy się gra
Tej jednej Byłej już Serca Bicie

Łza spływa po poliku żal pojawia się drobny
Nie czuję lęku choć powinienem się bać
Zaśpiewajmy światu Pamięci Rapsod Żałobny
Nic Nie Może Przecież Wiecznie Trwać

Obojętnościonizm

Wszystko mi jedno
Wstać, upaść, powstać
Sęk trafić w sedno
A z rozumem się nie rozstać

Nie pozbawić siebie szansy
Na zbawienie duszy, ciała
Niech szaleją tam szympansy
Lecz nie tego dusza chciała

Nie miej do mnie zwady
Nie patrz z góry na upadek
Też nie dajesz dobrej rady
To nie może być przypadek

Gdy popadasz w negowanie
„Nie” wygrywa w twoich słowach
Łamie się rozumowanie
A ty szukasz winy Boga

To twoje jest przekleństwo
Załamanie trosk nieboskich
Wszystko jedno twe jestestwo
To jest koniec marzeń wąskich

I zaczynasz obojętność
Co przejmuje wszelkie myśli
Nic nie znaczy już majętność
Wszystko zatem w nicość wyślij

I nastaje wielka cisza
Pustka w sercu, głowie
Rozsądek to już nisza
Uczucia mszczą się na Tobie

Co nie zrobisz – wszystko źle
Ciagle w myślach – nie, nie, nie
Nic nie jesteś w stanie poznać
Ani nawet czegoś doznać

Gdy popadniesz w obojętność
Nic już nie jest pewne
W każdym okruchu widzisz natrętność
A łzy nadal płyną rzewne

Jak to drzewiej bywało
Szukasz ciągle odpowiedzi
Pragniesz by coś się stało
Kiedy Cię w końcu nawiedzi

Smutek, trwoga, niepokoje
Gdzie ta radość, gdzie ratunek
Nie pomogą modły, stroje
A w rozpaczy widzisz trunek

Hej panowie bracia – nic to
Przeto Bóg rozpozna swoich
Z Najwyższym bądź na czysto
Pozbądź się grzechów moich

I to mogło by być sedno
Lecz kto wie czy to prawda
Znów powiesz – wszystko mi jedno
I to jest właśnie życia szantaż.

« Starsze wpisy

© 2026 Wiersze po prostu

Theme by Anders NorenUp ↑