Nieukryty brzask odbicia
Nieistniejące spojrzenie losu
Każde skomlenie spragnione wycia
Każdy szept z otchłani chaosu

Ktokolwiek może, ktokolwiek chce
Niech zabije tego szatana
Przez którego nie spojrzeć gdzie
Dusza za duszą zbrukana

Nie zapomnę tego nigdy
Sztylet zimny jak skała
Utknąwszy w sercu dla krzywdy
Z którego tylko ta krzywda została

Zniszczone tchnienie żywota
Marny los człeka konającego
Odbierające nadzieję zamknięte wrota
Na pohybel tego wszystkiego

Zstępując w dno zmarnienia
Bóle, męki, krzywdy, płacze
Jedyną są troską istnienia
Jedyną przyszłością jaką zobaczę

I tedy nie przeczę walki mozołom
Utknąwszy pod skorupą świata
Podziwiam podnoszące się czoło
I upadek pod toporem kata

Nie sposób ocenić marazm wieczności
W smutku, chorobie i żałobie
Czym jest życie niż wyrazem wierności
Żeby dobrze zrobić samemu sobie

Tak stanąwszy przed lustrem – mym doradcą
Nagi z myśli, trosk, mądrości
W otchłań pustki teraz patrząc
Poszukuję w niej cząstki światłości