Co to by było za powitanie
Gdyby na marne śniadanie
Odrzekł skrycie dzień ponury
Bo za oknem ciemne chmury
Niełaskawe niebios sklepienie
Kiedy w dzień patrzę na siebie
Skąpany mrokiem wzrok i włosy
W ten poranek duszą całkiem bosy
Na żart losu i upadek wielki
Na trwogę i za krótkie szelki
Patrzę ciemno błaho zimno
Zanim na niebie zrobi się widno
Żywy trup wychodzi z lustra
A nadzieja jego pusta
Dręczy myśli i spokój głowie
Gdy w umyśle rumor czyli pustosłowie
Na nic wielki duch potężny
Gdy cierpienia mechanizm prężny
Wije się przekłada rozbija
Jak widmowa groźna żmija
Na co komu było wszystko
By za nos dawać się wodzić chłystkom
Co sumienie grozi sprawiedliwością
Gdy głucho opowiada siła z wyższością
Błysk nowego świtu mądrości nadziei
Który się tak ledwie do serca dokleił
Tak jak był tak go ubyło
Tak jakby to nic nie znaczyło
Bolączki codzienne znoje trudy
Wszystko dla miraży ułudy
Że dobro nad złem zwycięża
Nie bojąc się żadnego oręża
Wielka to bitwa myśli uczuć marzeń
Prowadząca do przewidywalnych wydarzeń
Które to niebo światu dawno obwieściło
A tak naprawdę nic się nie zdarzyło
Strudzony przebity zgładzony umarły
Tak skończyłem gdy mnie nici losu tarły
I taki zostaję na rozwidleniu na dwoje
Zła i dobra których się boję
Nic nie upraszcza to co rozdziela
Ni morze niespokojne ni wzrok przyjaciela
Ni ważkie tematy po umyśle broczące
Ni objęcia na moment kojące
Nic to nic po wszystkim i nic niczyje
Gdy po dniu ponurym nie wiem czy żyję
Na co komu marnej egzystencji dzieje
I smutek nad tym który marnieje
Nie dziw się odbiorco twórcy po zmroku
Że czeka już boskiego wyroku
Pożarty zmielony i wypluty podle
Na zrywnym żywota miotany siodle