Na przystanku w ciemnicy nieba
Czekam sam na odludnym pustkowiu
Pytam siebie czy tu kogo potrzeba
Poszukując autobusu w nowiu

Niby sam a zajeżdża wybawiciel mroku
Oślepia mnie swą obecnością
Pcha mnie tym w objęcia tłoku
W pustym pojeździe martwię się maleńkością

Podróż mi mija w chłodzie i smutku
Gdy wpadamy na przystanek nowy
On wchodzi ten jeden z mego gatunku
Kroczy w mą stronę pewny i gotowy

Milczy ale ja milczenie lubię
Na ten czas mi wszystko jedno
Lecz nie wytrzymuję i mówię
Że trafił tym w samo sedno

Towarzysz podróży ten sam jak nas dwóch
Z nim przekraczam kamień milowy
Nim się spostrzegłem wykonaliśmy ruch
Wpadłem w jego czaru okowy

Czas nieubłagany władca losu i wieczności
Ukazał mi skazy i rysy i uszczerbki
Obnażył diament nieoszlifowany do nagości
Najsłodszy mój tort mogący być cierpki