To nie tak że boli niewiedza
Ani że ranią pytania
Czy kto kogo odwiedza
Od dziejów zarania

To nie tak z tym wszystkim
Co ja pojąć mogę
Gdy losu kolej czyni czystki
Na życia trwogę

Na cóż starania i trudy
W odmętach wiecznego chaosu
Nieistniejące cudy
Rechoczą z poziomu kosmosu

Na łąki puszyste i wianki popielate
Które zawitał świt ponury
Krew przelana brata za bratem
Z najgłębszej duszy dziury

Tak świat stworzony co zawinił
Co lud głupi a co ten mędrszy
Stąpając po żywota cienkiej linii
Zawisł aż widok mu się spiętrzył

Ten którego chowają milknie
Nie opowiedziawszy prawdy innym
Co warte uwagi ucichnie
W istnienia kotle tak dziwnym

Tego zbratania którego zabrania
Nawet dusza do ciała łańcuchem spięta
Nie dojdzie do tego spotkania
Póki jeszcze ma otwarte oczęta

Nie spoglądaj na litość
Umartwiaj udręki
Popadaj tak w nicość
I szepcz krótkie podzięki