Bo widzi pani, to jest problem taki
Można powiedzieć różnoraki
Że w życiu kieruję się uczuciami
Błądząc w głowie za marzeniami
A jednak stąpam twardo po ziemi
Na ulicy mijają mnie ludzie niemi
W umyśle podążam za logiką
I nie poddam się tanim magikom
Nie dorastają mi ludzie do pięt
Na niektórych mógłby paść pręt
A inni trzymają mnie nisko
Na glebie, z pokorą, to wszystko
Nie mieści mi się w głowie sens istnienia
Nieustannie rządzą mną złudzenia
O krainie mlekiem i miodem skąpanej
I cieniu postaci tak uwielbianej
Sam nie wiem, czy to sny czy koszmary
Czy jakiś śmieć zaklął mnie w złe czary
Czy kiedyś trafię w spokoju okowy
I kiedy nadejdzie kres tej rozmowy
I znów wyjdę, pójdę, przeminę
A wspomnienia wylecą kominem
Czy mam na popiół spalić życie doczesne
Czy to wszystko musi być tak bolesne
Gdy jest słowo pisane a mi rymu brak
Czy to z lenistwa robię wszystko wspak
I po co pytam skoro świat milczy
I mroczny słyszę tylko skowyt wilczy
Idą już po mnie cienie przeszłości
Spragnione mojego szczęścia i radości
Pożrą, zrabują, zniszczą, podpalą
Aż nadziei ostatniej pryśnie balon
I znów się zanurzę, utonę w minionym
Losie mym parszywym i nieuniknionym
Stracę ułudę, tę siłę teraźniejszości
I wrócę do mej naiwnej maleńkości
Tak rozbity i pochłonięty tym czego nie ma
Chciałbym być przykryty gdy się nie przelewa
Tak rozsiany bylejakością codziennej troski
Siedzieć i czekać na smutny wyrok boski
I po co ta złość, po co rozczarowanie
Wieczne myśli i uczuć w sobie gotowanie
Drzwi raz otworzę, pan wejdzie zobaczy
Tą chwilą intrygującą na moment uraczy
I zerwie zasłony, wystawi rachunki
Podepcze, przewróci bytu warunki
Rozochoce spojrzenie, pokona tą zdradą
I co mi zrabował rozda sąsiadom
Stanę nad przepaścią, wszego rozpadliną
Tą która istnienie dzieli rodziny i łączy je liną
Będąc nad początkiem i będąc nad kresem
Stanę tam i zrzucę nań najcięższą kiesę
Sam niewiele mam, ale wszystko dam
Jeszcze się trzymam, chociaż już nie ram
Jeszcze nie umieram, bo nie zostałem sam
Odwdzięczę się wam, gdy już będę tam